Wywiad z Pauliną Brzeźną.

Z Pauliną Brzeźną, mistrzynią Polski w kolarstwie szosowym, reprezentantką Polski na olimpiadzie w Pekinie rozmawia Dorota Hartwich

Czy o udziale w igrzyskach olimpijskich w Pekinie marzyła pani od dawna czy raczej decyzja o  uczestnictwie była dla pani zaskoczeniem?
Kiedy zaczynałam uprawiać kolarstwo, nie myślałam o olimpiadzie. Potem jednak, już ściśle w kręgach kolarskich, zaczął pojawiać się ten temat. Cztery lata temu szansa wyjazdu na igrzyska do Aten przeszła mi trochę koło nosa. Nie zdawałam sobie wtedy sprawy z  tego, że trzeba tyle poświęcić, żeby się dostać na olimpiadę. Podeszłam do sprawy zbyt luźno… W kwestii igrzysk w Pekinie moja postawa była już zupełnie inna. Kiedy tylko w Polskim Związku Kolarskim zaczęto mówić o tym, że mam szanse na wyjazd do Pekinu, postanowiłam poświęcić wszystko: mój czas, moje siły, pieniądze, przyjemności, spotkania z przyjaciółmi. Bardzo zależało mi na tym, by pojechać w jak najlepszej formie. Wyjazd w słabej formie byłby bowiem dla mnie ujmą.
 Udało się pani przygotować tak, jak pani chciała? Jaka była pani kondycja przed startem? - paulina.jpg
Jadąc do Pekinu, wiedziałam, że jestem w dobrej dyspozycji. Wcześniej odbyły się Górskie Mistrzostwa Polski, na których zajęłam 8. miejsce. Dziś bardzo żałuję, że nie wygrałam tych zawodów, ale to była właśnie jedna z  konsekwencji mojego poświęcenia dla sprawy udziału w olimpiadzie. Mam nadzieję, że poprawię ten wynik. Właśnie wracam z 5-dniowego wyścigu we Francji, przygotowuję się do wyjazdu na kolejne zawody, tym razem Mistrzostwa Świata w  Kolarstwie Szosowym we Włoszech.
Ósme miejsce przypadło pani także w  Pekinie. Jak wyglądał ten wyścig z pani punktu widzenia?
Wystartowałam bardzo spokojnie. Jechałam około 35 km na godzinę. Dopiero po jakimś czasie zaczęły się próby ataku, głównie przez zawodniczki z  Rosji. Byłam w dobrej formie, ale nie czułam się rewelacyjnie. Strasznie nie lubię jeździć w deszczu, a wtedy akurat padało, na dodatek było zimno – ok. 15 stopni. Jechałyśmy wzdłuż muru chińskiego, pod górę. Wtedy wiedziałam, że muszę trzymać tempo zadane przez grupę najlepszych. Tak też było. Potem był zjazd. Starałam się dogonić je na zjeździe, jednak dla zawodniczki o mojej posturze nie było to łatwe. Następnie należało już skupić się jedynie na fi niszu. Przyjechałam ósma i jestem z tego wyniku bardzo zadowolona.
Czy jeżdżąc na zawody na całym świecie ma pani jeszcze czas, by zwiedzać, cieszyć się tymi podróżami?
Niestety nie, wyjazd jako taki nie jest już dla mnie atrakcją, bo kiedy jedzie się na zawody, nie ma się czasu na nic poza sportem. Kiedyś, kiedy wyjeżdżałam po raz pierwszy, czy to do Francji, Słowenii, Kanady, czy innych krajów, mogłam czasem zwiedzić ciekawe zakątki, zobaczyć zabytki. Teraz jednak, kiedy jeżdżę po raz kolejny w te same miejsca, nie jest to już takie atrakcyjne.
Wygląda na to, że niewiele pani odpoczywa. Najpierw olimpiada, potem zawody we Francji, teraz Mistrzostwa Świata we Włoszech…
To prawda. Mam czasem kilkadni na oddech, ale przyłapuję się na tym, że mijają dwa dni i już czuję, jak pojawia się w głowie myśl, że trzeba wsiąść na rower. Na prawdziwy odpoczynek mogę sobie dopiero pozwolić po zamknięciu sezonu. Wtedy wyjeżdżam z przyjaciółmi, na przykład do Zakopanego. Wolimy jeździć po Polsce niż wyjeżdżać za granicę. Bardzo dobrze czuję się też tutaj, w moich stronach. Zawsze bardzo czekam na powrót do domu.

Dodaj komentarz

Ograniczony HTML

  • Można wyrównać obrazy (data-align="center"), ale także filmy, cytaty i tak dalej.
  • Można podpisywać obrazy (data-caption="Text"), ale także filmy, cytaty i tak dalej.